TEKSTY

flaga

Domek M. Powidoki

Domek Miedziorytnika. Ponoć najmniejsza kamienica w mieście. Wchodzę do środka, po zamknięciu drzwi gwar Rynku znika. Od progu uderza zapach - subtelna kompozycja farby drukarskiej oraz wilgoci, tak charakterystycznej dla starych, zacnych domów. W środku, niezależnie od pory dnia półmrok. Światło z trudnością próbuje przebić się przez firanki ze szklanych płytek, na niektórych z nich są małe kolorowe szkiełka, może gdyby zajrzeć z ulicy do środka Domku to przy odrobinie szczęścia zobaczylibyśmy "widoczek" nazywany w dzieciństwie "niebkiem" lub "sekretem". W świetle fruwają drobinki kurzu. Potykam się na progu łączącym galerię z korytarzem. W pracowni, rączka koła zamachowego od prasy drukarskiej wbija mi się w udo, zawsze w to samo miejsce. Małe domki są ciasne i niewygodne.

Ta prasa mnie onieśmiela, jeszcze nigdy z niej nie korzystałam. Jest podobno najlepsza w mieście, ale naprawdę nie mam śmiałości. Wolę swoją, oswojoną, która wyrywa mi bark.

Włączam radio. Idę na pierwsze piętro. Otwieram okno, patrzę na Rynek. Ludzie śpieszą się, gdzieś biegną. Domek jest bardzo wąski - wyobrażam sobie, że to ja stoję na rogu Mikołaja i Odrzańskiej a przechodzący ludzie ocierają się o moje ściany. Domek jest częścią tej krzątaniny, a jednocześnie jest wyciszoną przestrzenią znakomitą do pracy. Potwierdzają to rezydenci przybywający tutaj na kilka tygodni by w tej przestrzeni mieszkać i pracować.

Latem, przy otwartych oknach domek wypełnia się kakofonią dźwięków, monotonne recytacje przewodników turystycznych z podkładem muzycznym z okolicznych knajpek, z muzyką ulicznych grajków, z nastrojowymi kawałkami z "Przedwojennej".

"Domek M. Powidoki" to skrawki, fragmenty, paprochy, kolorowe plamki, czasem nawet złote. Na kurs pozłotnictwa wprawdzie nie uczęszczałam, ale próbuję, wychodzą chropowate. A ja lubię jak jest chropowate.

Czasem jakiś zygzak pojawi się w przestrzeni rynku, zgnieciona kulka papieru albo kłąb drutu. Szklany księżyc, szklane serce, papierowa laleczka woodoo bezlitośnie przebita w okolicach barku i klatki piersiowej. W tle rozpoznać można Kościół Garnizonowy, którego rozmiary powodują, że Domek wydaje się jeszcze mniejszy. Dlatego musi mieć swój własny księżyc i chmurę. Czasem w nocy wydaje mu się, że jest wielkim domem i góruje nad miastem. Albo otwiera się jak drewniana skrzynka na pasmanterię, piętro za piętrem.

W cyklu grafik "Domek M. Powidoki" przechodzę od prac z szeroką perspektywą na miasto do szczegółów, fragmentów, skrawków. To moje wrażenia ze spotkania z tym obiektem. Domek nastraja mnie lirycznie, mam do niego dużo szacunku, a jednocześnie pozwalam sobie na poczucie humoru, od patosu trzymam się z daleka.

Muszę to powiedzieć - przebywanie w Domku ma na mnie wpływ - nie zawaham się użyć tego słowa - destrukcyjny. Do niedawna traktowałam matrycę bardzo poważnie, jako coś nienaruszalnego. Po odbiciu nakładu odkładałam ją grzecznie na półkę. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że mogłabym coś jeszcze z nią zrobić. Ostatnio pocięłam matrycę! Dodam jeszcze, że do moich jedynie słusznych czarno-białych linorytów wdarł się kolor, który do tej pory świadomie odrzucałam. Wydawało mi się, że wprowadza do grafiki coś w rodzaju niepotrzebnego zanieczyszczenia. A zaczęło się od trzech niewinnych kolorowych plamek w grafice pt. "Okno Geta". Nie mam jednak wyrzutów sumienia, a nawet mam z tego frajdę. Asekuruję się odbijając na wszelki wypadek również czarno-białą wersję każdej z prac.

Miasto to mój obszar. Można przez całe życie malować własną twarz i ciągle znajdować w niej nowe, niewyczerpane źródło pomysłów. Ja mogłabym jeszcze przez parę lat zajmować się Domkiem M. i ciągle mógłby być iskrą do powstania kolejnych grafik. A może jest tak, że ten pierwszy impuls jest tylko pretekstem. Który nie ogranicza tylko otwiera. I tak przepuszczam go przez swoje emocje, wrażliwość. Miasto, a w tym przypadku Domek M. jest takim odnośnikiem, inaczej sięgnęłabym po abstrakcję, a ja w tej chwili tego nie chcę. Może nie jestem na to gotowa.

Nie zetknęłam się z Eugeniuszem Getem Stankiewiczem pedagogiem, akurat w czasie mojego studiowania Geta na uczelni nie było. Nie wiem czy to dobrze czy źle. W latach 80-tych i na początku 90-tych był dla mnie człowiekiem, którego twarz spoglądała z plakatów, którymi oklejony był cały Wrocław. Szczęściarz. Informowały mnie o wszystkich ważniejszych wydarzeniach kulturalnych w mieście.

W każdym razie, w ostatnich latach EGS trochę zamieszał mi w głowie. W piwnicy znaleźliśmy kamień ociosany na kształt domu. Może to serce Domku?


Tekst do katalogu wystawy „MiastoPortret” 2015.

Miasto rośnie jak drzewo, najpierw pojawia się parę ulic z centralnym placem, a potem, w miarę upływu lat, spontanicznie rozrasta się. To przestrzeń zatrzymująca historię, zapis śladów obecności człowieka, którego życie było tylko epizodem w historii miasta. Miasto żyje dłużej i dlatego fascynuje. Istnieje jakby samo dla siebie. Naturalne żywioły - woda, powietrze łączą się z tym, co stworzył człowiek, z architekturą. Po jakimś czasie wszystko miesza się ze sobą i współgra. Miasto opuszczone przez ludzi, pozostawione samemu sobie staje się częścią natury, wraca do niej.

Niektóre miasta zostają we mnie na zawsze i nigdy już ich nie opuszczam. Na granicy jawy i snu błądzę po uliczkach małego włoskiego miasta, przy stresie czy bezsenności rozkładam ramiona i lecę nad nocnym miastem, nad jego dachami.

...„Opuszczając jakieś miejsce, zostajemy tam mimo, że je opuściliśmy. Pozostają w nas rzeczy, które możemy odnaleźć tylko wtedy gdy tam wrócimy. Podróżujemy w głąb siebie jadąc do miejsc, w których pozostawiliśmy kawałek własnego życia. I nie ma znaczenia, że jest on niewielki.”...
(Pascal Mercier).

U podstaw wielu podróży kryje się nie tylko chęć poznawania nowych miejsc, ale poszukiwanie swojego własnego miasta, takiego jakiego nie widzieli przede mną inni.

W swoich grafikach organizuję tę przestrzeń sama. Początek daje jakiś uchwycony gdzieś motyw, o którym później zaczynam myśleć. Będąc w podróży szukam takiego miejsca, które mnie zatrzyma, pobudzi wyobraźnię. Musi budzić określone uczucia, czy to tęsknoty, czasem nawet grozy czy klaustrofobii, innym razem wydaje się magiczne. Najistotniejsze jest przecież przeżycie zmysłowe, obserwacja konkretnego miejsca, zdumienie, zachwyt. Już nie wiem czy najpierw jest stan ducha i dlatego znajduję odpowiedni motyw czy jest odwrotnie, czy to obraz wywołuje określony nastrój. Wybieram fragment jakiejś przestrzeni, który mnie wizualnie zainteresował i buduję ją na nowo. Gromadzę materiały, oglądam mapy, ale w trakcie pracy emocje i intuicja zaczynają mnie prowadzić i te materiały w pierwszej chwili tak ważne odsuwam na bok.

Myślę o tym w różnych sytuacjach, wyobrażam sobie jak mogłoby wyglądać moje miasto. Właściwie nie robię szkiców, zaczynam pracę od razu na matrycy. Za pomocą multiplikacji, zagęszczenia, rytmów próbuję przywołać klimat, który wyniosłam z tego miejsca. Staram się stworzyć napięcie, koncentruję się na energii. Wybieram miejsca, które mnie jednocześnie przyciągają i odpychają.

W toku pracy nad grafiką dzieje się tak, że powstaje nowe miasto. Obraz przetworzony otrzymuje nowe znaczenie. Zamykam w nim jakiś fragment przeżyć, wspomnień. W pewnym sensie konkretne miasto jest tylko pretekstem. W moich grafikach stwarzam swoją własną przestrzeń, zdarza się, że dosłownie, jak w grafice Życie na dachach. Florencja. Na jednym z dachów postawiłam sobie szałas. Na dachach starych włoskich miast mieszkańcy pozwalają sobie na samowolkę budowlaną, niżej czyli na poziomie ulicy jest to na szczęście niemożliwe. Wystarczy włączyć Google Maps i popatrzeć z góry co tam się dzieje, w gmatwaninie dobudówek, daszków, mini tarasików, werand, powstało drugie miasto, druga warstwa. To wyraźny przejaw fantazji jego mieszkańców, ich potrzeby posiadania odrobiny własnej przestrzeni, takiej tylko dla siebie, bliżej nieba i natury. Na tych małych przestrzeniach wydartych dachom bardzo często powstają gęsto zarośnięte miniaturowe ogródki.

Moje miasta istnieją poza czasem, brak tutaj ludzi, pojazdów, znaków związanych ze współczesnością. Świadomie tego unikam. Tworzyłyby one niepotrzebny sztafaż. Miasto bez ludzi, głosów, hałasu istnieje jako osobny, niezależny byt.

Problem czasu dotyka każdego, jest niezrozumiały i trudny do oswojenia. Wyobrażenie sobie swojej skończoności jest bardzo trudne, dlatego moje miasta mają być pozaczasowe. Obserwacja miasta, które istnieje od wieków daje ogromne poczucie ulgi, trwałości. W dzisiejszej rzeczywistości ciągłych zmian, błysków, teraźniejszość wydaje się ułudą, czymś bardzo ulotnym, próba jej poznania skazana jest na porażkę, jest nie do odczytania. Zmiany zachodzą z dnia na dzień. Jedne miejsca znikają na rzecz nowych. Nierzeczywista rzeczywistość.

...,,Miasto jest czystym potencjałem, który nieustannie traci / odzyskuje swoją potencjalność. Miasto wciąż jest rozbudowywane / przebudowywane. Wciąż jest niszczone i wciąż jest tworzone... Miasto przeżywa samo siebie na wiele sposobów.”...
(Krzysztof Nawratek).

W moim mieście nie ma człowieka, ale przecież samo miasto jest śladem spontanicznej obecności człowieka, miasto jest żywe, widać to po zróżnicowanej strukturze dachów, różnych kątach ich nachylenia, płynności i rytmiczności tej struktury, zagęszczeniu ulic przypominających labirynt, w którym dobrze jest czasem się zgubić.

Praca nad grafiką najczęściej zaczyna się po zetknięciu z realną przestrzenią. Punktem wyjścia zwykle jest konkretne miejsce, z różnych powodów dla mnie ważne. Może to być duży fragment, ale też mały wycinek, jeden dom lub jedna ściana czy np. betonowo-kamienna architektura portugalskiego nabrzeża. Kamień przetrawiony przez wodę, wodorosty, zgnilizna. I z każdą falą wybuchająca spomiędzy szpar w blokach betonu woda, spieniona, natarczywa jak żywy organizm. Powtarzalny cykl przypływu i odpływu. Takie perpetuum mobile (grafika Ocean). W moich pracach często pojawia się motyw wody. Dopiero niedawno zdałam sobie z tego sprawę. To znaczy, że wybieram ten motyw podświadomie, ale to dobrze. Intuicja jest w mojej pracy podstawą, poddaję się jej. Woda, a szczególnie żywa woda hipnotyzuje, budzi jednocześnie podziw i ogromny lęk. Za każdym razem przechodząc przez Most Pomorski nad sztucznie utworzonym spadem wody, dostaję z przerażenia gęsiej skórki. Cykl trzech prac Wyspa GX to miejsca wydarte na chwilę przyrodzie i żywiołom - wodzie właśnie. Tylko przez chwilę byli tu ludzie. Życie toczące się w nim już nie rozprasza. Przyroda powoli z powrotem je zagarnia.

Idealne miasto ma formę mandali. Pomysł tworzenia mandali zawsze mi się podobał. Jest formą terapii, jeśli ktoś chce wierzyć ma moc uzdrawiającą, wzmacniającą. Przemawia tak jak sny językiem symboli. I jest jak miasto - w środku jest centrum, a to co dalej od centrum, ku brzegom mandali, symbolizuje kontakt ze światem zewnętrznym. Renesans obfitował w plany i koncepcje miast idealnych, miejsc do życia o regularnym podziale. Rynek jako miejsce spotkań w samym środku i promieniście rozchodzące się ulice. Wiara w moc symetrii i idealnych podziałów miały służyć przekonaniu, że taki porządek pomoże ludziom żyć szczęśliwiej. ...,,Tylko mieszkańcy miasta zbudowanego na planie gwiazdy nigdy nie są nękani koniecznością wyboru. W każdym miejscu otwiera się tylko jedna właściwa droga. Przechodnie patrzą więc spokojnym wzrokiem prosto przed siebie, co nadaje im wyraz łagodności i budzi zaufanie.”...
(Magdalena Tulli).

Zawsze bardziej pociągały mnie miejsca i przedmioty zanurzone w przeszłości, to taka nostalgia za dawnością. Mój wzrok przyciągają odrapane, zniszczone obiekty, przetrawione przez czas, organiczne, chropowate, ciche, bezludne obszary, rozkład, zabrudzenia. Podświadomie szukam takich miejsc. Może jest tak, że w ruinach znajduję większą równowagę. W swoim domu żyję wśród przedmiotów, które mają swoją historię. Melancholia przemijania przyciąga mnie bardziej niż fajerwerki współczesności. W takich miejscach równie ważne jest to co widzialne i niewidzialne. Miasto obrzeży, ginące, w którym wszystko się skończyło, miasto jako scenografia teatralna (Wenecja - pejzaż klaustrofobiczny). Miasto jako obiekt sztuki, zastygłe, pełne wspomnień zyskuje nierzeczywisty wymiar.

Wiele motywów dostarcza mi moje miasto Wrocław. Nie trzeba za każdym razem szukać daleko, w końcu codziennie przez nie przejeżdżam. Jest tutaj sporo architektury w klimacie, który lubię, posępne, poniemieckie kamienice, stary port rzeczny z ocierającymi się o siebie zgrzytliwie starymi barkami, architektura postindustrialna.

Zwracam dużą uwagę na kompozycję, wybieram dominantę, może to być np. przecięcie obrazu pasmem rzeki („Florencja. Życie na dachach”, „Moje miasto Wrocław II”). Jeśli skupiam się na większym wycinku jakiegoś miejsca to kwadrat jest dla mnie idealnym formatem, jeśli zamierzam skupić się na małym fragmencie wybieram kompozycję horyzontalną.

Od czasu do czasu miewam „skoki w bok”, ostatnio to trzy grafiki pod roboczym tytułem Głowy. Wcale jednak nie odbiegają tak bardzo od wiodącego tematu, są odpowiedzią na przeprowadzkę za miasto, reakcją na życie bliżej natury, zmieniające się pory roku, w mieście prawie niezauważalne, na owadzie fobie, ciągłe czekanie na wiosnę, zimową melancholię. A potem znowu wracam do miast. Może to być postrzegane jako ograniczenie, ale to świadomy wybór. Mamy duży wpływ na swoje życie, ale mamy też określone możliwości, z którymi trzeba się pogodzić, bo tak naprawdę nie da się uciec od siebie. W końcu miasto to właśnie też taki zamknięty obszar, ludzie żyją w nim w ograniczonej, sztucznej przestrzeni.

Mam nadzieję, że czas i energia, które wkładam w każdą pracę ma znaczenie dla odbiorcy. Ważnym elementem w procesie grafiki jest właśnie element czasu. Grafika cyfrowa przyniosła możliwość stosowania pełnej palety kolorów, bez konieczności przygotowywania kolejnych matryc. Mnie ten nadmiar nie kusi, jak na razie konsekwentnie pozostaję w świecie czarno-białej grafiki. Z tą całą technologią jest łatwiej, ale czy lepiej? I tak liczy się końcowy wynik. Cenię warsztat, który w grafice jest bardzo ważny. Nie może on jednak służyć wyłącznie popisowi i dekoracjom. Nie wierzę w sztukę oderwaną od emocji, wykalkulowaną. Na taką sztukę nie reaguję.

Opowiadanie o obrazach jest jak opowiadanie o snach – zawsze traci na wartości (gdzieś to przeczytałam).
Małgorzata Stanielewicz